Newsweek - Polska Nr. 40/2003, 05.10.2003
Słowiańscy mohikanie
Czy Serbołużyczanie, najmniejszy naród słowiański, zdołają zachować swoją tożsamość w XXI wieku?
![]() |
| Narodowa reduta. Zamknięcie szkoły w Chróscicach (na zdjęciu demonstracja w jej obronie) Łużyczanie odebrali jako zagrożenie dla tożsamości narodowej. Foto. Serbske Nowiny |
Na decyzję sądu administracyjnego w Budziszynie (Bautzen) Łużyczanie czekali w napięciu od kilku tygodni. Od wyroku zależały losy szkoły w Chróscicach (Crostwitz) we wschodnich Niemczech, jednej z zaledwie jedenastu prowadzących jeszcze nauczanie w języku serbołużyckim. Ministerstwo edukacji Saksonii zamknęło ją na początku tego roku szkolnego i tylko wyrok sądu mógł doprowadzić do zmiany tej decyzji. Nadzieje Łużyczan prysły w miniony czwartek: budziszyński sąd podtrzymał decyzję urzędników z Drezna. Szkoła w Chróscicach ma zniknąć. Powód: brak uczniów i oszczędności budżetowe.
Łużyczanie nie chcą się poddać - zapowiadają walkę przed Sądem Najwyższym, albo przed Trybunałem w Strasburgu. Już od wiosny organizowali protesty (najgłośniejszy odbył się 5 września w Pradze podczas wizyty kanclerza Schrödera w Czechach). Rodzice zbierają podpisy pod petycją w obronie szkoły i pieniądze na kolejny proces. Potrzeba ponad 40 tysięcy euro, co dla niezbyt zamożnych mieszkańców Chróscic jest kwotą znaczną.
Protestują rodzice i organizacje społeczne Łużyczan. - To dla nas narodowa tragedia - określił decyzję saksońskiego rządu przewodniczący Domowiny (narodowego związku Łużyczan) Jan Nuk. - Szkoła w Chróscicach to test - mówią rozgoryczeni działacze łużyccy. - Potem będą następne.
Dla Łużyczan nauczanie w języku ojczystym to kwestia być albo nie być, bo to szkoły pełnią rolę ośrodków integracji i są lokalnymi centrami kultury. Tymczasem władze stosują wszędzie prostą zasadę automatycznego zamykania szkół, gdy liczebność klas spada poniżej 20 uczniów.
- W sądowym uzasadnieniu wyroku nie pojawiło się pojęcie praw mniejszości - mówi działacz łużycki Robert Brytan, który powrócił do Budziszyna z emigracji w kanadyjskim Vancouver, by walczyć o prawa współziomków. - Tendencyjnie wybrano rocznik, w którym jest wyjątkowo mało dzieci, nie biorąc pod uwagę, że za rok miałoby ich być znów 18, czyli tyle co zawsze.
Zdaniem Bożeny Pawlikec z promującej nauczanie dwujęzyczne organizacji Witaj władze saksońskie, aby uniknąć kłopotów związanych z przestrzeganiem praw mniejszości, najchętniej uznałyby Serbołużyczan za "zjawisko folklorystyczne". Takim "zjawiskiem" stał się już sławny Spreewald na Dolnych Łużycach. Jego mieszkańcy praktycznie porzucili język słowiańskich przodków, a miejscowy skansen i stroje ludowe stały się tylko atrakcją turystyczną.
Dane statystyczne pokazują, że liczebność Serbołużyczan, ostatnich potomków Słowian połabskich, stale spada. Po II wojnie światowej było ich ok. 100 tys. Na ich ziemie przesiedlono jednak wielu Niemców z Europy Wschodniej i tak rdzenni mieszkańcy stali się z wolna mniejszością prawie na całym obszarze Łużyc. Dzisiaj po łużycku mówi ok. 60 tys. osób, w większości są to ludzie starsi.
Działacze serbołużyccy zarzucają władzom złą wolę i skarżą się na nie najlepszy klimat wokół problemów mniejszości. Fundusz pomocy dla organizacji łużyckich został w tym roku zmniejszony o 170 tys. euro. Władze Saksonii i Bandenburgii twierdzą zaś, że to nie one lecz rząd federalny podpisywał międzynarodowe umowy dotyczące ochrony mniejszości etnicznych.
Zdarzają się agresywne zachowania ze strony prawicowych radykałów - w kwietniu tego roku skini napadli i pobili uczestników łużyckiego festynu w Radiborze. W kilku miejscowościach nieznani sprawcy zniszczyli stare przydrożne krzyże z napisami w języku serbołużyckim.
Druga strona medalu to dość słaba organizacja Serbołużyczan. Zawsze byli oni narodem chłopskim, stosunkowo niewielu z nich sprawnie obraca się w świecie prawa i urzędów. Saksońskie urzędy twierdzą na przykład, że lokalną społeczność informowano o planie zamknięcia szkoły w Chróscicach rok temu, a jednak przez miesiące nikt na to nie reagował. Związek Domowina - w czasach NRD infiltrowany przez komunistyczne władze - z trudem odzyskuje zaufanie.
Niewielkie jest poparcie dla starań Serbołużyczan za granicą. Ze strony Warszawy "ostatni Mohikanie Słowiańszczyzny" nie doczekali się większego zainteresowania. Polskie MSZ uznaje, że ich kłopoty to wewnętrzna sprawa Niemiec. Mniej drobiazgowi są Czesi, którzy tradycyjnie udzielają Łużyczanom pomocy. Niedawno w Pradze zainicjowany został projekt "Łużyce i UE", w ramach którego wspierane będą łużyckie instytucje kulturalne i oświatowe.
Przyczyną największych zmartwień Słowian zza Odry nie jest jednak słabe zainteresowanie słowiańskich kuzynów zza Odry, lecz nieubłagane procesy demograficzne i gospodarcze. W rzeczywistości akty wrogości nie są aż tak częste. Niemieccy sąsiedzi Łużyczan odnoszą się do nich i do ich problemów raczej z obojętnością. Wyjątkiem są ludzie tacy jak prof. Edward Werner, który jako rodowity Niemiec nauczył się łużyckiego, a dziś prowadzi studia slawistyczne na uniwersytecie w Lipsku. Urzędnicy nie mają ochoty dodawać sobie pracy. Konieczność stosowania odmiennych zasad wobec szkół mających ledwie kilkudziesięciu uczniów traktują jako zbyteczne zawracanie głowy, na które najlepszym sposobem byłaby szybka asymilacja.
Tej zaś sprzyja mała liczebność autochtonów, a więc częste małżeństwa mieszane i emigracja zarobkowa. Na południu dawnej NRD bezrobocie przekracza 20 proc. Wielu młodych ludzi opuszcza tereny ojczyste, przenosząc się na zachód. Słabe czytelnictwo i dominacja telewizji powodują, że serbołużycki staje się coraz bardziej językiem kuchennym. Językoznawcy oceniają, że coraz mniejsze są szanse, by przetrwał kolejne stulecie.
Działacze łużyccy twierdzą jednak, że z tradycji i mowy ojców nie zrezygnują tak długo, jak tylko będą mogli. A walkę o szkołę w Chróscicach traktują jak symbol. Reprezentujący ich prawnik Thorsten Schmidt zamierza stworzyć precedens i zmusić sąd wyższej instancji do zajęcia stanowiska nie tylko w sprawie tej jednej szkoły, ale w kwestii praw mniejszości. To jednak może zabrać nawet trzy lata. A przez ten czas dzieci skończą naukę w innych miejscowościach, zaś społeczność broniąca dziś szkoły w Chróscicach się rozproszy.
Obrona każdej szkoły to dla Łużyczan walka o przetrwanie małego narodu.
Jarosław Giziński