Rzeczpospolita 25.07.2003 Nr 172

 

Niemcy Serbołużyczanie obawiają się, że zamknięcie ich szkoły w Chróścicach (po niemiecku Crostwitz) może być początkiem całkowitej asymilacji

Kto odbiera nam duszę

Serbołużyczanie nie zamierzają pozwolić na zamknięcie szkoły w Chróścicach. Organizowali już manifestacje, budynek został oplakatowany. Pojawiły się transparenty, na których przypominano, że "Łużyce są dwujęzyczne". (foto) GRZEGORZ HAWAŁEJ

 

"Prosimy Cię, Ojcze Święty, o wsparcie zabiegów, zmierzających do uratowania naszego narodu" - napisali Serbowie Łużyccy w liście do Jana Pawła II. - Już tylko on może nam pomóc - uważają.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy niemieckie władze po raz pierwszy podjęły decyzję o zamknięciu szkoły. Łużyczanie mieli jednak nadzieję, że zostanie zmieniona. Zbierano podpisy pod petycją, nagłaśniano sprawę w mediach i na forum międzynarodowym.

- Faks, który przyszedł do urzędu gminy w Chróścicach pod koniec czerwca, był dla nas całkowitym zaskoczeniem - mówi działacz łużycki Robert Brytan.

Nadawcą było Ministerstwo Kultury państwa związkowego Saksonii, na której terenie leży miejscowość. Z powodu zbyt małej ilości zgłoszeń serbołużycka szkoła w roku szkolnym 2003/2004 nie wznowi działalności. Rodzice już dzisiaj powinni szukać nowych szkół dla swoich dzieci.

"To jest dla nas tragedia narodowa" - stwierdził na łamach "Serbskich Nowin" Jan Nuk, przewodniczący najważniejszej serbołużyckiej organizacji Domowina.

Serce Łużyc

Gdy w Niemczech ujrzymy dwujęzyczne tablice informacyjne i dziwnie znajomo brzmiące nazwy na sklepowych witrynach, to znaczy, że jesteśmy na Łużycach. Wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów za południowo-zachodnią granicę Polski. W przydrożnej restauracji McDonalda moje zdziwienie wzbudziło menu. Pod niemieckimi nazwami potraw mniejszym drukiem umieszczono ich serbołużyckie tłumaczenie.

Według niemieckiego prawa niespełna stukilometrowy pas ciągnący się wzdłuż polskiej granicy, od Czech na południu do Bagien Szprewskich na północy, jest terytorium dwujęzycznym. Oprócz Niemców zamieszkują go również Serbołużyczanie - jeden z najmniejszych narodów Europy. Są tu od prawie półtora tysiąca lat.

- Chróścice są sercem tego terytorium - mówi Brytan. - To najbardziej łużycki region Łużyc, tu prawie wszyscy mówią naszym językiem.

Pod okiem Domowiny

Serbołużyczanie, choć jak się szacuje, jest ich zaledwie około 60 tysięcy, są wewnętrznie podzieleni. 40 tysięcy zamieszkuje Łużyce Górne (leżące w Saksonii, ze "stolicą" w Budziszynie, po niemiecku Bautzen), reszta zaś Łużyce Dolne (leżące w Brandenburgii, z największym miastem Chociebużem, czyli Cottbus). Istnieją również dwa języki: górno i dolnołużycki. Ten pierwszy tradycyjnie uważa się za bardziej podobny do czeskiego, drugi przypomina polski.

W obu językach wydawane są książki i czasopisma, nad czym czuwa, wspomniany już, istniejący od 1912 roku związek Domowina. Jak czytamy w jego statucie, głównym celem organizacji jest "zachowanie i rozwój języka łużyckiego i serbołużyckiej świadomości narodowej".

W Polsce można się spotkać z opinią, że jest ona zwalczana przez niemiecki rząd i samych, niechętnych Łużyczanom, Niemców.

- Faktycznie zdarzają się tutaj różne nieprzyjemne rzeczy - mówi dr Zbigniew Gajewski, prezes Towarzystwa Polsko-Serbołużyckiego. - Czasami ktoś zamaluje dwujęzyczny napis. Wszędzie znajdą się jacyś szowiniści. Nie brakuje ich również w Polsce.

Gdy pytam w saksońskim Ministerstwie Kultury o powód zamknięcia szkoły, słyszę o niżu demograficznym. - W tym wypadku prawo jest nieubłagane, oprócz szkoły w Chróścicach swoją działalność zawiesza również kilkadziesiąt placówek niemieckich - tłumaczą urzędnicy.

Według nich Konstytucja Republiki Federalnej Niemiec gwarantuje równe prawa wszystkim obywatelom, utrzymanie chróścickiego gimnazjum byłoby naruszeniem tej zasady. Niemcy mogliby się poczuć pokrzywdzeni.

Byliśmy, Jesteśmy, Będziemy

Podobnie jak dwa lata temu, gdy po raz pierwszy wybuchł tak zwany bunt chróścicki, Łużyczanie zamierzają protestować. Pierwszym krokiem było napisanie listu z prośbą o pomoc do Jana Pawla II. Działacze Domowiny przekazali go Ojcu Świętemu za pośrednictwem nuncjusza apostolskiego Giovanniego Lajolo.

- Papież jest wielkim przyjacielem Łużyc - mówią.

Jeszcze jako kardynał w 1975 roku Karol Wojtyła odwiedził Chróścice osobiście. Do dziś nie zapomina pozdrowić Serbołużyczan przy okazji Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy, z czego ci są wyjątkowo dumni.

Tymczasem w wypełnionym po brzegi parafialnym kościele w Chróścicach poświęcono w intencji szkoły duży drewniany krzyż. Wyryto na nim napis: "Byliśmy, Jesteśmy, Będziemy".

Nie obyło się bez manifestacji. Pierwsza odbyła się 11 lipca, w ostatni dzień kończącego się w Niemczech roku szkolnego. Budynek szkoły został oplakatowany, pojawiły się transparenty. Szybko jednak zostały usunięte na polecenie wójta Macieja Brycka, który nie życzy sobie żadnych protestów. Z dnia na dzień Serbołużyczanie zaczęli pisać jego nazwisko "Brützke".

Kolejną okazją do manifestacji stał się międzynarodowy festiwal folklorystyczny, który odbył się w Chróścicach w następnych dniach. Rozdawano materiały dotyczące szkoły, wiele osób przypięło protestacyjne znaczki. Na jednym z transparentów napisano: "Kto odbiera nam szkoły, ten odbiera nam dusze".

Bierni nie pozostają również rodzice uczniów, którzy zamierzają zignorować decyzję rządu i demonstracyjnie zapisać dzieci na kolejny rok do chróścickiej szkoły. Najprawdopodobniej skierują również sprawę do sądu. W takim przypadku swoje poparcie zapowiedziała Domowina.

Spadek po NRD

Sprawa szkoły w Chróścicach może przyczynić się do ostatecznej asymilacji Serbołużyczan, ale przyczyny zanikania tego narodu są znacznie szersze. Według profesora Dietricha Scholze-Šołty, dyrektora Instytutu Serbskiego w Budziszynie, wpływ na to ma przede wszystkim migracja młodych ludzi, którzy wyjeżdżają na Zachód w poszukiwaniu pracy. Większość na co dzień posługujących się językami łużyckimi to ludzie starsi.

Nie bez znaczenia są również procesy modernizacji w tym zacofanym regionie. Zdaniem profesora "gospodarka rynkowa i państwo prawa przybyły do Łużyczan w niemieckiej wersji językowej".

Serbołużyczanie starają się jednak przeciwdziałać temu zjawisku. Jednym ze środków zaradczych ma być akcja "Witaj", w ramach której powstają serbojęzyczne przedszkola. Jest ich kilkanaście. - To ostatnia szansa na rewitalizację języków łużyckich - uważa profesor Scholze-įołta, choć sam jest do niej nastawiony dość sceptycznie.

Przedsięwzięcie to finansowane jest z dużych, wynoszących 16 milionów euro, państwowych dotacji, które corocznie otrzymują Serbowie. Obowiązek ten zjednoczone Niemcy odziedziczyły po NRD. Ostatnio jednak zarówno Berlin, jak i rządy krajów związkowych, które wykładają połowę tej sumy, rozważają znaczne jej zredukowanie.

Serbołużyczanie zdają się jednak rozumieć, że ich przyszłość zależy od nich, i nie oglądają się już tak bardzo na pomoc ze strony państwa. Pod tym względem nie różnią się niczym od innych społeczeństw postkomunistycznych, które powoli przystosowują się do nowych warunków gospodarczych.

Nadzieja w polskiej obrotności

Trudno się dziwić, że młodzież opuszcza Łużyce, które są typowym regionem byłej NRD. Panuje tu wysokie bezrobocie, zamykane są kolejne nierentowne zakłady.

Serbołużyczanie szansę na ożywienie gospodarcze widzą w integracji Polski z Unią Europejską. Sprawa ta wzbudza tu bardzo duże zainteresowanie. Informacje o czerwcowym referendum żywo komentowane były między innymi na pierwszych stronach "Serbskich Nowin", które są najpopularniejszą gazetą Łużyczan.

Po wstąpieniu Polski do UE i otwarciu granic Serbowie liczą przede wszystkim na napływ nowych mieszkańców.

- Około 40 procent mieszkań stoi u nas pustych, podczas gdy w Zgorzelcu jest przeludnienie - stwierdza profesor Scholze-įołta. - Osiedlający się tutaj Polacy mogliby pobudzić naszą podupadłą małą przedsiębiorczość.

Spacerując ulicami łużyckich miast i miasteczek, nie można nie zauważyć zabitych deskami witryn sklepów i zakładów usługowych. Trzeba było je zamknąć, bo nie miały klientów.

Mile widziane są również polskie inwestycje. - Mamy nadzieję, że Polacy dzięki swojej obrotności postawią tu coś na nogi - mówi profesor.

Kolejną szansą na rozwój regionu może okazać się turystyka. Niepowtarzalny folklor w połączeniu z pięknymi krajobrazami Łużyc może stać się atrakcją przyciągającą polskich i czeskich turystów. Gdy się pojawią, trzeba będzie stworzyć zaplecze, a to oznacza nowe miejsca pracy.

To nie skansen

Profesor Scholze-įołta jest pesymistą. Uważa, że jeżeli nadzieje związane z integracją się nie spełnią, odrębność Łużyc powoli będzie zanikać: - To jest bardzo tradycyjne, konserwatywne społeczeństwo. Przetrwało dzięki takim wartościom jak Kościół, rodzina, język. Teraz na świecie panują inne ideały, obowiązuje inny model społeczny.

Według niego procesy asymilacyjne postępują obecnie dużo szybciej niż za czasów NRD. Ludzie przestali już tak masowo chodzić do kościoła, co było jedynym sposobem na zademonstrowanie swojej opozycji wobec władzy. Koncentrują się teraz na karierze, robieniu pieniędzy, a nie kultywowaniu obyczajów przodków.

Dr Gajewski, który jeździ na Łużyce od kilkudziesięciu lat, jest innego zdania. Według niego mamy do czynienia z oznakami łużyckiego renesansu.

- Obecnie bycie Łużyczaninem to powód do dumy, a nie wstydu, jak było jeszcze kilkanaście lat temu - mówi.

Pewnym dowodem na potwierdzenie tej tezy może być gwałtowny sprzeciw i energiczne działania Serbołużyczan w sprawie zamknięcia szkoły w Chróścicach.

- Łużyce to nie jest skansen, ci ludzie żyją życiem współczesnym - podkreśla Gajewski. -

PIOTR ZYCHOWICZ